Ratujmy teatry! cz. III

O złej kondycji teatrów. O braku specjalistycznego szkolnictwa na potrzeby teatrów.

 

Maciej Wojtyszko – reżyser teatralny, telewizyjny i filmowy, profesor  Akademii Teatralnej w Warszawie.  Jest absolwentem Państwowego Liceum Technik Teatralnych. Od wielu od lat aktywnie walczy o wskrzeszenie publicznego specjalistycznego szkolnictwa na potrzeby teatrów. Myślę, że do obudzenia z letargu urzędników odpowiadających za przyszłość teatrów i polskiej kultury, potrzebne są kolejne głosy a w konsekwencji publiczny dialog.

Artykuł Macieja Wojtyszki „Rzemiosło. Majsterkowanie. Tworzenie” opublikowany na portalu Teatralny.pl zamieszczam w całości.

Teatralny.pl
Rzemiosło. Majsterkowanie. Tworzenie
14.01.2015
Maciej Wojtyszko

Ludzie posiadają rozmaite zdolności. Jeden wchodzi na K2, drugi potrafi narysować dobrze konia. Obawiam się, że tych, którzy potrafią dobrze narysować konia, jest wbrew pozorom równie mało, jak wybitnych himalaistów.

Zacznę od truizmu. Teatr potrzebuje ludzi teatru. Zbigniew Pronaszko chciał wyrzucić z teatralnej pracowni malarskiej ucznia, który rysował metrowe koło cyrklem. Malarz teatralny powinien takie koło narysować od ręki.

Uszycie kostiumu z epoki, fachowe zrobienie peruki, wiedza modelatora, umiejętność charakteryzatorki, szewca, oświetleniowca. Profesjonalizm na granicy mistrzostwa. Wiedza i umiejętności zanurzone w tradycji, wykształcone, cenne i doceniane.

W roku 1968 zamknięto Państwowe Liceum Technik Teatralnych. Za elitaryzm, na fali zrównywania szans zdolnych i niezdolnych. Podobno w tamtych latach mieliśmy najlepszy teatr w Europie. A potem zaczęto kasować pracownie przy teatrach. Przecież wszystko można oddać za zleceniem „na miasto”.

Jeśli to liceum wychowałoby tylko Krzysztofa Kieślowskiego, to jego istnienie już jest mocno uzasadnione. Jednak ta szkoła wychowała również kilkudziesięciu świetnych modelatorów, wspaniałe charakteryzatorki, krawcowe, znakomitych scenografów, paru przyszłych profesorów Akademii Sztuk Pięknych, kilku mistrzów animacji filmowej i wielu kierowników pracowni w teatrach i operach.

W tym miejscu łza miast kropki spadła, jak by napisał Kornel Makuszyński.

„Jedziemy do Arkadii po kostiumy”. Słyszę i milczę, no bo jakże zażądać, aby scenograf narysował kostium z epoki, przetworzył go dyskretnie na formę teatralną i zlecił rozumiejącemu zasady tej sztuki, utalentowanemu fachowcowi do wykonania. Takie rzeczy to teraz tylko w Teatrze Wielkim. Do czasu. Idzie nowe, na nogach ma martensy, na torsach czarne podkoszulki.

Świetnie one pasują do Rigoletta czy Aidy. Zwłaszcza gdy nie ma innego wyjścia.

A na łazienkowych kafelkach z marketu budowlanego i tak zwanych „warszawskich” rusztowaniach da się zagrać i Szekspira, i Ibsena.

Nie wiem, jak to zrobić. Jak uratować szansę na sztukę scenografii teatralnej tworzonej od podstaw?

Bez jakiejś formy reaktywacji tego dziwnego teatralnego przesądu, że świat spektaklu należy tworzyć od fundamentów, będziemy skazani na produkty gotowe, aktualne zdarzenia performatywne i śmietnik estetyczny podniesiony do rangi teorii.

Bez nowych, młodych zapaleńców, którzy poświęcą swoje życie, aby wejść i pozostać w teatrze jako fachowcy z prawdziwego zdarzenia, wszystko będzie karlało i traciło niezbędny w dojrzałej kulturze poziom doskonałości. Nikomu w pamiętnym roku 1968 na szczęście nie przyszło do głowy, by zamykać szkoły muzyczne. A PLTT – zamknęli.

Szkoła rzemiosł teatralnych powinna być stworzona jak najszybciej, jeżeli chcemy skorzystać z doświadczenia ostatnich absolwentów PLTT, którzy pozostali na tym świecie. Inaczej do zrobienia dobrej sztucznej pajęczyny będziemy sprowadzać specjalistów z Ameryki, a ze sztuk i filmów historycznych będziemy musieli zrezygnować, bo nikt ani kostiumów, ani zarostów nie wykona przyzwoicie.

Proszę o wybaczenie nieco emocjonalnego tonu tej wypowiedzi, ale sądzę, że znaczenie stworzenia założeń programowych tej szkoły, a potem samej szkoły, dla kształtu przyszłego teatru w Polsce jest ogromne. I już od początku wymaga wielkiej wiedzy o przeszłości i odważnej wizji przyszłości. I nie jest fanaberią pięknoduchów, tylko próbą naprawy zaniedbania, którego konsekwencje okazały się dla kultury narodowej bardzo niepokojące.

 

Ciąg dalszy w artykule Ratujmy teatry! cz. IV

Prześlij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*